Singapur – kraj imigrantów

Czy istnieje coś takiego jak pochodzenie czysto singapurskie? Jeden z najbardziej rozwiniętych krajów Azji Południowo-Wschodniej jest ogromną mieszanką etniczną. 75% obywateli jest pochodzenia chińskiego, 13% – malajskiego, 9% to Hindusi, a pozostałe 3% wypełniają inne narodowości. Tak więc w zasadzie korzenie każdego z obywateli tego kraju pochodzą spoza Singapuru. Odwiedzając to miasto-państwo wszędzie widać tę różnorodność – tuż po wyjściu z samolotu na lotnisku przechodzisz kontrolę paszportową u Malaja, później kupujesz bilet na metro u Chińczyka, a wysiadając na stacji w dzielnicy Little India czujesz się, jakbyś był w centrum Bombaju. Wszędzie można też spotkać mnóstwo białych. Skąd się tu wzięli? Otóż spośród 5,5mln osób mieszkających w Singapurze jedynie 60% to obywatele tego kraju. Pozostałe 40% to rezydenci oraz zagraniczni studenci i pracownicy, pochodzący głównie z Europy i Ameryki.

wp-1470752033669.jpg
Przykład różnorodności etnicznej w Singapurze

Singapur jest także niezwykłą mieszanką wyznaniową – jedna trzecia mieszkańców to buddyści, a pozostali dzielą się mniej więcej równo między chrześcijan, muzułmanów, taoistów i ateistów. Pomimo tak ogromnego zróżnicowania, w Singapurze nie istnieje coś takiego, jak dyskryminacja religijna. Tam naprawdę nie ma żadnego znaczenia, czy co niedzielę chodzisz do kościoła, czy pięć razy dziennie modlisz się do Allaha, czy też Twoim miejscem kultu są miejscowe świątynie buddyjskie lub taoistyczne. Wszyscy żyją razem jako członkowie jednego wielokulturowego i wielowyznaniowego narodu – narodu imigrantów. I całkiem dobrze im to wychodzi. Między innymi to właśnie ta tolerancja oraz poszanowanie dla innych wyznań i tradycji spowodowały, że mieszkańcy Singapuru wspólnie doprowadzili swój kraj do jednej z czołowych pozycji w tej części świata.

Sri Mariamman Temple – najstarsza świątynia hinduska w Singapurze:

Prawie dwustuletni Meczet Sułtana na Arab Street w Singapurze:

Ale oczywiście nie tylko tolerancja doprowadziła Singapur do tak wysokiego poziomu rozwinięcia. Spacerując ulicami tego kraju na każdym kroku widać tablice z zakazami – niektóre są całkiem logiczne, takie jak zakaz śmiecenia, zakaz palenia w miejscach publicznych, zakaz wyrzucania petów na chodnik czy zakaz jedzenia i picia w metrze. Istnieją też jednak mniej lub bardziej dziwne zakazy: zakaz podłączania się do niezabezpieczonej sieci internetowej (jest to uznawane za hakerstwo), zakaz kupna, sprzedaży bądź spożywania gumy do żucia, zakaz plucia, zakaz przytulania się w miejscach publicznych, zakaz przedstawiania osoby nieznajomej jako swojego przyjaciela, zakaz chodzenia nago – nawet po własnym domu… lista jest całkiem długa. A i sankcje są dość dotkliwe – kary zaczynają się od 500 dolarów singapurskich (ok. 1400zł), a mogą wynieść nawet 4 razy więcej.

wp-1470748963214.jpg
Przykłady zakazów występujących w Singapurze

Jednak ta cała „polityka zakazów” powoduje, że społeczeństwo singapurskie jest wyjątkowo poukładane, wszystko działa tak, jak powinno, cały kraj jest sterylnie czysty (przynajmniej ja mam takie wrażenie za każdym razem jak lecę tam z dość brudnej i zaśmieconej Indonezji), no i na pewno przekłada się to również na ogólną dyscyplinę obywateli, co przyczynia się do ich produktywności w pracy, a to do poziomu rozwoju kraju. Dla porównania – w Indonezji nikomu się niczego nie zakazuje, całe społeczeństwo jest postrzegane jako dość leniwe, a poziom rozwinięcia kraju dużo niższy… za to mieszkańcy Indonezji są dużo szczęśliwsi (Singapurczycy to jeden z najbardziej nieszczęśliwych narodów na świecie – głównie przez długie godziny pracy, niewystarczającą ilość snu oraz wysoki poziom stresu).

Ikona Singapuru – Merlion (pół lew, pół ryba):

Co Wy byście wybrali – życie w dynamicznie rozwijającym się Singapurze, związane z dużymi zarobkami ale i wysokim stresem, czy może mieszkanie w leniwej i spokojnej Indonezji, gdzie króluje zasada „jeśli masz coś zrobić jutro, zrób to pojutrze, będziesz miał dwa dni wolnego”, ale również trzeba się liczyć z o wiele niższymi zarobkami?

Reklamy

Dwa lata w Indonezji

Marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia, ciężko na to pracując. Tworzy się plan, dąży do jego realizacji, nastawia się każdą cząstkę swojego mózgu na to, co chce się osiągnąć. I, co według mnie jest jednocześnie najważniejsze i najtrudniejsze, wychodzi się ze swojej strefy komfortu. To ona potrafi człowieka stłamsić i ograniczać, no bo po co coś zmieniać, skoro teraz jest dobrze? Strach przed nieznanym może być paraliżujący, jednakże jeśli dobrze się go ukierunkuje, to staje się on największą siłą pchającą w kierunku nowych przygód.

Dzisiaj mijają dokładnie dwa lata od mojej przeprowadzki do Indonezji. Myślę, że to dobra okazja, żeby w końcu zacząć Wam trochę przybliżać tutejsze życie. Póki co średnio mi się to udawało, niedawno nawet moja siostra przyznała, że o Indonezji wie ode mnie tylko tyle, że alkohol jest drogi, a słońce zachodzi zawsze o osiemnastej…

A przecież o tym największym na świecie kraju wyspiarskim można by opowiadać w nieskończoność! O różnorodności kulturowej; o kilkuset językach, którymi na co dzień posługuje się ponad 250milionowa ludność tego kraju; o tym, że ponad 90% Indonezyjczyków to muzułmanie, ale de facto nie jest to kraj muzułmański; o tysiącach bezludnych wysp otaczających główny archipelag, który składa się z Sumatry, Jawy, Kalimantan, Sulawesi i kilku mniejszych wysp… można by tak jeszcze długo wymieniać, kiedyś przybliżę Wam bardziej te wszystkie tematy.

Teraz chciałabym się skupić na tej rocznicy, o której wspomniałam wcześniej. Pamiętam jak równe dwa lata temu wsiadłam na pokład samolotu lecącego z Warszawy do Dubaju, czekając na odprawę reszty pasażerów wzięłam telefon do ręki i wybrałam numer mojej przyjaciółki Agnieszki. Do dzisiaj pamiętam dokładnie tę rozmowę, moje ogromne obawy, chęć zrezygnowania z tego całego planu… w mojej głowie było tylko jedno pytanie: „Po cholerę ja tam w ogóle lecę?!”. Jednak na szczęście Adze udało się mnie uspokoić, lot minął szybko i przyjemnie, i po 22 godzinach znalazłam się na lotnisku w Jakarcie, stolicy Indonezji.

Kiedy wysiadłam z samolotu, po raz pierwszy w moim 23-letnim życiu byłam zdana tylko i wyłącznie na siebie. Nie znałam tu nikogo, język indonezyjski brzmiał dla mnie równie egzotycznie jak słyszane pięć razy dziennie Allahu Akbar, niewyobrażalnie chaotyczny ruch uliczny w Jakarcie powodował u mnie ataki paniki, a wizja spędzenia tu czterech miesięcy (bo taki był początkowy plan) wydawała się… no coż, paraliżująca. Jednak pomimo moich obaw bardzo szybko zaaklimatyzowałam się w tym szalonym mieście. Już przed przylotem do Jakarty dostałam się na staż jako specjalista od marketingu i PR w jednym z najbardziej znanych stołecznych barów, to również niezwykle pomogło mi w szybkiej aklimatyzacji i pokonaniu szoku kulturowego.

Tak było dwa lata temu. Od tego czasu moje życie zmieniło się o 180 stopni.  Ja sama na pewno stałam się dużo bardziej niezależna, odpowiedzialna, odważna, żądna przygód… i szczęśliwsza. Przeprowadzka do Indonezji była najbardziej szaloną decyzją w moim życiu, ale jednocześnie również najlepszą. Dzisiaj już nie wyobrażam sobie powrotu na stałe do Polski, jestem pewna, że na zawsze zwiążę swoje życie z Indonezją.

Ale wracając do tematu marzeń – jak już wspomniałam na początku, one się same nigdy nie spełniają. Jeśli masz jakieś marzenie, to musisz nastawić cały swój umysł i poświęcić całą swoją energię na jego realizację. Moim już od dawna było życie w egzotycznym kraju i odkrywanie nowych miejsc do zwiedzenia. I tak krok po kroku nieustannie dążę do realizacji moich celów. Także uwierz mi, warto mieć marzenia. Warto dążyć do ich spełnienia, bo nawet coś, co na początku wydaje się zupełnie nierealne i niemożliwe do zrealizowania, z czasem przemienia się z marzenia w plan, a z planu w rzeczywistość, w której się nagle znajdujesz. I wtedy uświadamiasz sobie, że nie ma rzeczy niemożliwych 🙂